Grupa aktorów wystawia eksperymentalną sztuk w opuszczonym teatrze. Nie wiedzą, że ktoś czyha na ich życie.
W kinach pojawił się nowy polski horror. Powinienem się cieszyć, że nasza groza się rozkręca i kolejny twórca postanowił w tym gatunku sprawdzić swoich sił. Powininieniem, i trochę się cieszę, z drugiej strony jednak nie koniecznie, gdyż ponownie dostajemy film kopiujący zachodnie klisze i nie do końca stojący na własnych nogach.
Do filmu "Martwi przed świtem" PR-owcy dorzucili informacje o nowym gatunku, który zwie sie giallo-polo. Super, z tym, że mi się to kojarzy z disco-polo, czyli czymś, co dla mnie osobiście nie posiada oryginalności, ani jakości. Zatem taki kekki strzał w kolano i masa obiekcji przed samym seansem. Aczkolwiek materiały promocyjne przedstawiały co najmniej solidny straszak z ciekawym wyglądem antagonisty. Ostatecznie otrzymaliśmy film........
Cóż, zaraz się dowiecie.
Debiut Dawida Torrone opowiada historię grupy aktorów pracujących w zamkniętym teatrze nad sztuką znanego i tajemniczego dramaturga, niejakiego Heisenhoffa. W trakcie prac nagle zaczynają ginąć z rąk zamaskowanego zbira. Już samo osadzenie i związanie akcji odsyła do słynnego debiutu Michele Soavi'ego "Deliria". To jednak nie pierwsze skojarzenie z włoskim kinem grozy (i nie tylko włoskim). Bedzie ich tu znacznie wiecej. Sam tytuł nawiązuje do drugiej części "Martwego zła", a im dalej w las, tym częściej rzucamy tytułami i nazwiskami. Pierwszy mord, to wypisz wymaluj kopia sceny z "Krwawego obozu" Mario Bavy. Kolejne zsbójstwa nie tyle nawiązują, ile kopiują sceny z takich filmów jak "Ciemności" Argento, "Intruz" Spiegela, czy ""Opera" wspomnianego już Argento. Do tego znajdziemy nawiązania do Lamberto Bavy czy Fulci'ego, a w tle majaczy De Palma.
Nie byłoby problemu, gdyby to były drobne zapożyczenia, na zasadzie cytatu. Niestety Torrone część z nich kopiuje jeden do jednego, przez co mocno traci na oryginalności. Cóż z tego, że morderstwa są krwawe, skoro nie stoją na własnych nogach. Ale tu problemy się nie kończą. Jest ich znacznie wiecej, a największym są bohaterowie i fabuła. Fabuła praktycznie nie istnieje, jest pretekstem i służy jedynie efektownemu uśmiercaniu. I niby ok, w końcu to slasher, gdzie body count liczy się bardziej od historii, ale na bogów, dajcie w tych bohaterów odrobinę życia. Cokolwiek, abym mógł poczuć z nimi jakąkolwiek więź. Tego tu nie ma. Grupa aktorów jest zupełnie anonimowa, zlewa sie w jedną masę ciała gotowego na rzeź. Chociaż tyle dobrze, że antagonista na ich tle wypada zdecydowanie bardziej barwnie. Sam jego wygląd już robi wrażenie. Ubrany w czarny skórzany płaszcz i obowiązkowo czarne rękawiczki oraz świetną maskę, złożoną z kilkunastu (kilkudziesięciu) gałek ocznych. Do tego dodajmy pokaźny tasak jako główne narzędzie mordu i mamy oryginalnego złola.
Technicznie film wygląda bardzo dobrze. Same morderstwa, pomimo, że mało oryginalne, wypadają nieźle. Miłośnicy gore powinni być zadowoleni. Na plus należy wyróżnić także pracę kamery i ogólnie zdjęcia oraz scenigrafię. Buduje to całkiem fajny klimat, w którym nieźle wybrzmiewają okultystyczne wątki. Zresztą film wypchany jest okultyzmem i nawiązaniami do Lovecrafta. Problemem może być, i w zasadzie jest, muzyka. Jakoś hip-hop nie pasuje mi do tej scenerii. Cholernie się z nią gryzie i rozbija mozolnie budowaną atmosferą.
Torrone nie tyle chciał zrealizować okultystyczny slasher na gruzach giallo, ile chciał nim także coś przekazać. Problem w tym, że do końca nie wiadomo co, gdyż wrzuca w usta swoich bohaterów słowa, które nie stanowią całości. Porusza kilka tematów, ostatecznie nie skupiając się na żadnym z nich, co powoduje chaos. Mógł sobie to darować lub skupić sie na jednym, wtedy to miałoby ręce i nogi.
Natomiast nie mogę powiedzieć nic złego o finale. Jest on fajnie pomyślany i miejscami mocno psychodeliczny z zabawną i efektowną ostatnią sceną. Co zdecydowanie należy zaliczyć na plus.
Ostatecznie to jestem rozdarty. Bo film ma kilka fajnych pomysłów i jak na debiut wypada ok, z tym, że za bardzo tonie w piekle kopiowania oraz pretensjonalności. Ale jest szansa, że Torrone w swoim kolejnym filmie sprawi sie znacznie lepiej, gdyż warsztat w ręku ma. Może tylko niech scenariusz napisze mu ktoś inny.