Dojrzewanie w kinie brytyjskim

Dwa spojrzenia na dojrzewanie - "Kes" i "Walkabout"

Festiwale filmowe rządzą się swoimi prawami. Zrozumiałe jest, że największe zainteresowanie na nich budzą nowe produkcje – filmy o dużym rozgłosie, które można obejrzeć na długo przed kinową premierą. Osobiście jednak wolę zanurzyć się w klasykę. Obejrzenie filmu, który rzadko pojawia się w regularnym obiegu kinowym, to zawsze duże przeżycie. Natomiast możliwość zobaczenia arcydzieła kina na dużym ekranie to już niepowtarzalna okazja. Takim wyjątkowym doznaniem było zobaczenie filmu "Kes" Kena Loacha na British Film Festival . Filmu, który jest moim ulubionym w bogatym dorobku brytyjskiego mistrza.

"Kes" po raz pierwszy obejrzałem na ekranie TV w połowie lat 90-tych. Od tamtej pory wróciłem do niego jeszcze tylko raz, kilka lat później, zatem seans w kinie Apollo stanowił pierwsze od niemal 20 lat spotkanie z arcydziełem brytyjskiego realizmu społecznego i, co mnie zaskoczyło, bardzo dużo z niego zapamiętałem.

Film nadal robi ogromne wrażenie. Przedstawia surowy i brutalny obraz społeczności małego miasteczka górniczego, gdzie młodych chłopców po zakończeniu edukacji czeka kariera w pobliskiej kopalni. Dorośli wykazują brak zainteresowania ich losem, a szkoła  nie podejmuje wysiłku w celu rozwoju. Ich przyszłość jest z góry określona.

Billy (główny bohater filmu) nie chce iść w ślady swojego starszego brata. Nie w smak mu kariera w kopalni. Łączy on edukację z pracą dostawcy gazet, ale ma też pasję. Pasję, która może w innych warunkach byłaby przepustką do lepszego życia,  do lepszego świata. Billy szkoli sokoła, którego zabrał z dzikiego gniazda, co przez niektórych jest traktowane jako dziwactwo. Kes, bo tak ma na imię sokół, jest dla niego ucieczką od szarej rzeczywistości i szansą na wyrwanie się z tego miejsca. Dzięki pasji nie popada już w kontakty z prawem i zaczyna na swoje życie patrzeć inaczej. Niestety, rzeczywistość jest brutalna i Kes nie okazuje się przepustką do lepszego jutra. Finał filmu, przerażająco smutny, zostawia nas w przekonaniu, że pomimo szczerych chęci, świat wokół Billy'ego nie zmieni się. Loach pozostawia nas z przekonaniem, że Billy nie wyrwie sie z brutalnej rzeczywistosci górniczego miasteczka.

Inaczej do kwestii dorastania podchodzi Nicholas Roag w swoim australijskim filmie „Walkabout”.

Walkabout to tradycyjny aborygeński rytuał inicjacyjny, któremu poddawany jest każdy szesnastoletni chłopak. Pozytywne przejście go oznacza, że jest gotowy wejść w wiek męski. Rytuał polega na samotnym przemierzeniu australijskich stepów i przeżyciu, w oparciu o swoje umiejętności polowania i zbieractwa.

Film rozpoczyna się wyprawą na piknik reprezentanta australijskiej klasy średniej wraz z dwójką swoich dzieci: nastoletnią córką i sześcioletnim synem. W pewnym momencie, po rozbiciu pikniku, mężczyzna z niewyjaśnionych przyczyn zaczyna strzelać do swoich dzieci. Udało im się ukryć przed strzałami, ale ostatecznie zostali sami w konfrontacji z dziką przyrodą. Ojciec na ich oczach podpala samochód i popełnia samobójstwo. Nastolatka przejmuje odpowiedzialność za życie swoje i brata, podejmując decyzję o poszukiwaniu ratunku, pomimo braku znajomości otoczenia. W trakcie wędrówki, trafiają na aborygeńskiego chłopca, który jest w trakcie swojego rytuału przejscia. Od tego momentu podróżują w trójkę.

Fabuła nie jest tu najważniejsza.  Po szybkim wprowadzeniu, Roeg przenosi nas w dziki, lecz fascynujący świat australijskich pustkowi. Tworzy on raczej poetycką impresję niż rozbudowaną narrację, jednocześnie nie tracąc z pola widzenia swoich bohaterów. Daje każdemu z nich pole do wybrzmienia i zbudowania własnej historii, a także pokazuje, jak kształtują się ich charaktery w sytuacji, w jakiej nie z ich winy się znaleźli.

Zakończenie nie jest jednoznacznie optymistyczne. Chociaż zawiera elementy pozytywne, takie jak powrót rodzeństwa do cywilizacji. To jednak rodzi pytanie o rzeczywiste szczęście. Ostatnie sceny filmu sugerują (w przypadku jednej bohaterki), że ich najszczęśliwsze chwile mogły mieć miejsce na pustkowiu, gdzie byli zdani wyłącznie na siebie.

""Walkabout" to film niezwykły, zarówno od strony formalnej, jak i narracyjnej. Jest to wizualne arcydzieło, które mocno operuje znakomitym zrozumieniem technicznych aspektów filmu. Niesamowite zdjęcia australijskiej fauny, wykonane przez samego reżysera, idealnie zgrywają się w magiczną całość z montażem i dźwiękiem, tworząc niezapomniane obrazy. Na tym tle równie istotnie wybrzmiewa dramat bohaterów i ich przyśpieszona lekcja dojrzewania. W przeciwieństwie do Loacha, Roeg widzi nadzieję w sytuacji bez wyjścia. Daje szansę na złapanie losu we własne ręce i zbudowanie swojej przyszłości na własnych zasadach. Niemniej jednak, pokazuje, że prawdziwe szczęście zostało utracone. I w tym zbliża się do twórcy "Kesa". Podobnie jak on pozostawia nas z niewiadomą, z tym, że jego bohaterka ma jaśniejsze plany na przyszłość niż zamknięty w sytuacji niemal bez wyjścia Billy.